Do Puerto de Sardina dojechaliśmy wczesnym rankiem, niedługo po wschodzie słońca.

Nasi przewodnicy podczas tej podróży – młoda para, która na wyspie zamieszkała kilkanaście miesięcy temu – jeszcze w trasie z zapałem opowiadała nam o jednym z najbliższych im dotychczas miejsc w okolicy, położonym z dala od głównych dróg, poza uwagą większości turystów, rzadko opisywanym w przewodnikach. To Sardina del Norte, niewielka osada na północnym brzegu Gran Canarii, niemal w całości otoczona majestatycznymi klifami. Od głównych dróg wyspy oddzielają ją niewielkie, wąskie ścieżki pełne zakrętów.

Tuż po wyjściu z auta wciąż jeszcze senne, zmrużone oczy o świcie wypełniały się łzami od intensywnego wiatru wprost z otwartego oceanu. Z drugiej strony z każdą chwilą pocieraliśmy je wciąż jeszcze bardziej intensywnie, nie do końca dowierzając widokom wokół. Wierzchołki klifów o charakterystycznym, surowym kształcie prostokątnych bloków unoszące się nad niewielką zatoczką wytaczały przed nami ścieżkę aż po horyzont. Niespiesznie szliśmy więc dalej, trzymając się granic wyznaczonych przez naturę, a im dalej od brzegu, tym roztaczał się przed nami coraz bardziej zjawiskowy widok na zatokę o chłodnym, błękitnym odcieniu.

Podążając za zapachem oceanu obserwowaliśmy codzienny rytm dnia w Sardina del Norte, gdzie dzikość krajobrazu – ostre kamienie, wysokie skały, strome klify – współgra ze spokojem okolicy. Nad brzegiem góruje jedynie kilkanaście domów, tuż przy nim stoi kilka kawiarnii, do których raz na jakiś czas zaglądają mieszkańcy i przyjezdni. Nie ma tu zgiełku, nie ma pośpiechu, nic nie jest wytyczone i narzucone w codziennym rytmie dnia.

W takt ten wydają się idealnie wpasowywać morskie stworzenia wyraźnie widoczne przez niemal przezroczystą taflę oceanu. Morski świat tuż przy Sardina del Norte uznawany jest za najbardziej liczny i fascynujący na całym archipelagu Wysp Kanaryjskich. Właśnie on każdego dnia przyciąga tu pasjonatów podwodnych głębin. Za szeregiem łodzi stojących na lądzie, dostrzegliśmy kilka grup znajomych, a nawet całych rodzin przy vanach, ubierających kombinezony i chroniących się wzajemnie od mroźnego wiatru. Inni nurkowie już zeszli na dno, skrupulatnie eksplorując oceaniczne głębiny. Wpatrzeni w podwodne sceny z lądu, obserwowaliśmy błękitno-turkusowe odcienie wody, białe jak śnieg kamienie, ryby wyróżniające się feerią barw, a fale oceanu raz po raz skrapiały roześmiane policzki.

Powoli przenosząc wzrok nad taflę wody, spoglądałam na rybaków i żeglarzy, niewielkie łodzie powoli sunące w głąb oceanu z lądu, którym poranny wiatr nadawał prędkości. Jedynie oddalające się żagle przypomniały o mijających chwilach gdzieś daleko od znanej codzienności. Tu codzienność poznajemy z opowieści oceanu, opowieści gór i wiatru.

 

Inne zdjęcia z Gran Canarii znajdziecie na Instagramie